World Socialist Web Site


Mailinglist
Podaj adres email, aby otrzymać informację o nowościach na stronie WSWS

Wprowadź
Usuń

Dzisiejsze nowości !
Aktualne analizy


INNE JĘZYKI

Angielski

Niemiecki
Francuski
Włoski
Hiszpański
Portugalski
Rosyjski
Serbsko-Chorwacki
Turecki
Indonezyjski
Syngalski
Tamilski


NAJWAŻNIEJSZE
WYDARZENIA

Po wyborach w USA
Perspektywy i zadania Socialist Equality Party

Walka o władzę na Ukrainie a strategia hegemonii Ameryki

  WSWS : WSWS/PL : Aktualne analizy

Relacja z otwarcia konferencji SEP i WSWS

Polityczna strategia Socialist Equality Party na wybory prezydenckie 2004

15 lutego 2005 roku

Artykuł autorstwa Davida Northa tłumaczony z języka angielskiego (17. marca 2004 r.) ukazał się na stronie WSWS 18. marca 2004

Publikujemy w tym miejscu sprawozdanie inauguracyjne konferencji "Wybory 2004": Dla socjalistycznej alternatywy", która przeprowadzona została przez Socialist Web Site i Socialist Equality Party w Ann Arbor, Michigan. Autorem jest David North, kierownik międzynarodowej redakcji WSWS i przewodniczący SEP w USA.

Całościowa relacja z konferencji pojawiła się wczoraj na WSWS (Konferencja WSWS i Socialist Equality Party), a sprawozdanie z niej będziemy kontynuować w następnych dniach – między innymi z artykułami kandydatów SEP na urząd prezydenta i wiceprezydenta, Billa Van Aukena i Jimiego Lawrenca.

Na otwarcie tej konferencji, na której miały być dyskutowane program i perspektywy kampanii wyborczej, stosowne jest przypomnienie, że do pierwszej rocznicy wkroczenia USA do Iraku jest już tylko tydzień. W trakcie minionych dwunastu miesięcy przestępczy charakter tej wojny stał się oczywisty. Poszukiwanie rzekomo gigantycznych tajemnych zapasów wysokotoksycznej broni Saddama Husseina, które towarzyszyło wkroczeniu wojsk i okupacji kraju, przebiegło absolutnie bezskutecznie.

Cała propaganda, którą USA uprawiały z powodu irackiej "broni masowej zagłady", była niczym innym jak tylko kierowaną przez państwo kampanią kłamstw. Wszystkie argumenty, którymi rząd Busha uzasadniał decyzję inwazji na Irak, zostały zdemaskowane jako nieprawda. Mimo to establishment polityczny trzyma się tej teorii, jakoby rozdźwięk rzeczywistości i urzędowo-rządowych krzyków, co do broni masowej zagłady był skutkiem " niepowodzenia tajnych służb". Przy pomocy tego nieprzekonywującego eufemizmu uchyla się on przed poważnymi, politycznymi pytaniami, które narzuciła wojna.

Bo co też stało się przed rokiem? Prezydent i wiceprezydent Stanów Zjednoczonych systematycznie śmiało okłamywali amerykańską i światową opinię publiczną. Kongres nie bronił się przeciwko tym kłamstwom, lecz uchwalił – z poparciem Johna Edwarda i Johna Kerry – rezolucję, która ostatecznie umożliwiła wojnę.

Środki masowego przekazu, które w swojej przeważającej większości popierały wojnę, nawet nie próbowały w krytyczny sposób sprawdzić twierdzeń rządu Busha. Wzmacniały i rozpowszechniały one kłamstwa i błędne informacje rządu. Wynalezienie nowego typu reportera dla relacji z wojny –"Dziennikarzy przypisanych do jednostek wojskowych" – było, nawet jeśli nie dobrowolnym, symbolem nieomal zupełnej prostytucji stacji radiowych, telewizji i gazet w USA.

Wojna nie była skutkiem " niepowodzenia tajnych służb" a nawet nie skutkiem brakującej umysłowej poczytalności prezydenta. Patrząc politycznie wojna była wynikiem historycznego niepowodzenia: zwyczajnym załamaniem instytucji amerykańskiej demokracji.

Teoria, zgodnie z którą rząd miałby jakoby zostać wprowadzony w błąd przez tajne służby – a nie to, że oficjalne sprawozdania tajnych służb tak zostały manipulowane, że dostarczyły rządowi Busha usprawiedliwienia do rozpoczęcia wojny, na którą był zdecydowany od samego początku – przeczy od A do Z faktom, które w momencie wejścia wojsk do Iraku były powszechnie znane.

"Wszystkie przedstawione przez administrację Busha i jej londyńskich wspólników argumenty służące usprawiedliwieniu wojny są półprawdami, fałszem i jawnymi kłamstwami. W obecnym czasie nie powinna istnieć już konieczność ponownego obalania twierdzenia jakoby wojna miała za cel zniszczenie tak zwanej "broni masowej zagłady". Podczas wielotygodniowych inspekcji, dokładniejszych niż w jakimkolwiek innym kraju do tej pory, nie zostało odkryte nic, co miałoby jakieś większe znaczenie. Szefowie inspekcji do spraw broni ONZ, Hans Blix und Mohamed El Baradei, w swoim ostatnim raporcie wyraźnie obalili twierdzenie, które przedstawił amerykański minister spraw zagranicznych Colin Powell w swojej osławionej mowie w ONZ z 5. lutego 2003 roku. El Baradei odkrył, że amerykańskie twierdzenia, jakoby Irak starał się o import uranu z Nigerii, polegały na sfałszowanych, dostarczonych przez tajne służby brytyjskiego premiera Tonyego Blaira dokumentach. Również inne oskarżenia, jak wykorzystywanie rur aluminiowych do celów nuklearnych i istnienie ruchomych laboratoriów do produkcji broni chemiczno-biologicznej, zostały zdemaskowane jako nieuzasadnione. Gdy jedno kłamstwo zostanie ujawnione, administracja Busha wynajduje po prostu następne. Lekceważy ona tak bardzo opinie publiczną, że prawie nie stara się o logiczność własnych argumentów.

Mimo dużej opozycji ludności, która dała swój wyraz w olbrzymich demonstracjach wewnątrz USA i na całym świecie, 19. marca 2003 roku, bombardowaniem Iraku z powierza rozpoczęła się wojna. W cytowanym już oświadczeniu pisaliśmy na ten temat:

"Mała polityczna klika sprzysiężonych – która posługuje się ukrytymi kartami i dotarła do władzy poprzez oszustwo wyborcze – doprowadziła amerykańskie społeczeństwo do wojny, której ono ani nie rozumie ani nie chce. Ale nie ma śladu politycznego mechanizmu, poprzez który opozycja mogłaby się wyrazić przeciwko polityce administracji Busha – przeciwko wojnie, atakom na demokratyczne prawa, rozpadowi społecznemu, nieprzerwanym atakom na standard życia ludu pracującego. Partia Demokratyczna – ten cuchnący trup mieszczańskiego liberalizmu – jest bardzo głęboko zdyskredytowana. Masy pracujące czują się zupełnie ubezwłasnowolnione".

Chociaż armia amerykańska natknęła się na znacznie większy opór niż oczekiwała, ze względu na swoja ogromną techniczną przewagę mogła pobić reżim Baath i opanować Irak. Upojone swoją własną propagandą, rząd Busha i media w żaden sposób nie były przygotowane na chaos, który nastąpił w odpowiedzi na wejście żołnierzy amerykańskich do Bagdadu i został później zaostrzony przez partyzancką wojnę przeciwko wojskom okupacyjnym i jej kolaborantom.

Kampania Howarda Deana

Nie mniej zaskoczone były media zaciętością i rozmiarem odrzucenia, które spotkało rząd Busha wewnątrz USA. Zamknięci w swoich głęboko zakorzenionych uprzedzeniach i iluzjach, które ich klasę wynoszą ponad prostą ludność, wychodziły z założenia, że podbicie Iraku w większym lub mniejszym stopniu zmusi przeciwników wojny do milczenia i zapewni ponowny wybór Busha. Fali opozycji, która ujawniła się latem i jesienią w kampanii prezydenckiej Howarda Deana, nie przewidziały. To samo dotyczyło w znacznym stopniu kierownictwa Partii Demokratycznej.

Gubernator Vermontu nie nadawał się na przywódcę ruchu oporu. Dean nie stworzył tego ruchu; w pewym stopniu zderzył się z nim, gdy jak większość obywatelskich polityków chodził po omacku w ciemności, aby znaleźć jakiś temat, którym mógłby odróżnić się od swoich konkurentów. Czuł on - to trzeba mu przyznać – że ataki na administrację Busha, na wojnę w Iraku i na służalczą uległość demokratów znajdą u pewnej określonej publiczności popularność. Dean stał się punktem krystalizacji dla szeroko rozpowszechnionych, niewykorzystanych nastrojów antywojennych i nienawiści w stosunku do Busha – uczuć społeczeństwa, o które Partia Demokratyczna do tej pory prawie zupełnie się nie troszczyła. Dean otrzymywał coraz więcej datków na swoją kampanię, w ankietach zajmował wysokie pozycje w Iowa i New Hampshire (gdzie miały się odbyć pierwsze przedwybory, a w końcu 2003 roku zaświtało mediom, że Dean faktycznie mógłby wyjść jako zwycięzca z postępowania nominacyjnego na kandydaturę do prezydentury.

Ten nieoczekiwany zwrot przestraszył politycznie wrażliwą część panującej elity. Nagle stało się dla nich jasne, że opozycja ludności przeciwko Bushowi była daleko większa, niż sądzili. Nie było dłużej nie do pomyślenia, że Bush mógłby nie zostać ponownie wybrany. Niezależnie od ogólnego niezadowolenia społeczeństwa zakradły się poza tym nawet do głów panującej elity wątpliwości, a nawet obawy odnośnie polityki, kierunku, skutków działania i kompetencji rządu Busha. Nie tylko problemy wojny irackiej, lecz jeszcze bardziej w ich oczach stopniowo niemożliwy do utrzymania stan wysoko zadłużonej amerykańskiej gospodarki narodowej uruchomiły u tych przedstawicieli klasy panującej, którzy jeszcze nie zupełnie zatracili swoją zdolność myślenia, dzwonki alarmowe. Do możliwości, że Bush mógłby przegrać wybory 2004, na przełomie roku dołączyło się uczucie znacznej części klasy panującej, że on być może powinien je przegrać. Opublikowanie pamiętników byłego ministra finansów Paula O’Neilla, w których prezydent opisywany jest jako niezdolny prostak, było wyrazem przemiany nastroju w mieszczańskim politycznym establishmencie.

Ta zmiana politycznego klimatu ujawniła się w sprawozdaniu z przedwyborów Partii Demokratycznej. Tak długo jak 1) polityczna opozycja przeciwko rządowi Busha wewnątrz panującej elity była zaniedbywana i 2) ponowny wybór Busha traktowany był jako oczywisty, media obserwowały rywalizację demokratycznych kandydatów z rozbawionym dystansem. Nominacji Deana, której oczywiście towarzyszyłaby niszcząca porażka wyborcza, nie widzieliby niechętnie. Wyraźne zwycięstwo Busha mogłoby może rozwiać fetor, który pozostawiły wybory roku 2000, a ponadto umożliwiłoby rządowi twierdzenie, że wejście do Iraku zostało zaaprobowane przez społeczeństwo.

Nowe okoliczności wymagały jednak nowego sposobu postępowania i bezpośredniego wmieszania się demokratów w przedwybory. Znów miało okazać się znaczenie obywatelskiego systemu dwupartyjnego – jako historycznie wypróbowanego instrumentu, przy pomocy którego klasa kapitalistów załatwia swoje wewnętrzne spory, blokuje opozycję mas przeciwko panowaniu oligarchii koncernów i pilnuje swojego niekwestionowanego monopolu na władzę polityczną.

Gdy tylko panująca elita doszła do przekonania, że w przedwyborach chodziło demokratom o zmianę urzędującego prezydenta, wzięła sprawę pośpiesznie w swoje ręce. Gdyby mieszanka składająca się z opozycji społeczeństwa i politycznego niezadowolenia panującej elity skończyć się miała na usunięciu Busha z urzędu, wtedy należałoby zatroszczyć się intensywniej o wybory kandydata demokratów.

Ta nowa orientacja unicestwiła szybko nadzieje Deana na prezydenturę. Chociaż był on do głębi konserwatywnym człowiekiem, który nie stwarzał żadnego politycznego zagrożenia dla systemu, kandydatura jego uchroniła możliwość, że wybory interpretowane będą na całym świecie jako referendum dotyczące wojny. Miałoby to dalekosiężne i niebezpieczne implikacje dla interesów amerykańskiego imperializmu. Media postanowiły zatem, jak to się mówi, gubernatorowi Peanowi podciąć skrzydła. Ten całkiem normalny, nawet jeśli trochę choleryczny burżuj z Vermont był mentalnie i politycznie zupełnie nieprzygotowany huraganowy ogień, który spadł na niego na początku roku.

Zapewnienia Deana w stosunku do mediów, że on bez względu na swoją krytykę decyzji Busha o wojnie, w żadnym razie nie zamierza w bliskiej przyszłości wycofać amerykańskich oddziałów z Iraku, przebrzmiały bez echa. Bo w ogóle nie chodziło o zamiary Deana, lecz o niebezpieczeństwo, że jego kandydatura uprawni i uskrzydli opozycję przeciwko amerykańskiej okupacji Iraku wewnątrz i poza USA

W tym kontekście chciałbym zacytować fragment z nowego dokumentu, który opracował "Independent Task Force on Post-Conflict Iraq", gremium, które zostało powołane do życia przez ponadpartyjny odnoszący się do polityki zagranicznej instytut badawczy "Council on Foreign Relations". Pod tytułem "Iraq: One Year After" wyraża ono troskę, że poparcie amerykańskiego społeczeństwa dla długoletniego stacjonowania oddziałów w Iraku jest kruche i musi zostać wzmocnione.

"Task Force uważa utrzymanie tego publicznego poparcia dlatego za istotne, ponieważ polityczna wola USA wystawiona będzie w nadchodzących miesiącach na próbę, możliwe, że również poprzez spektakularne ataki na amerykańskich żołnierzy. Mogłoby dojść do tego akurat w czasie intensywnych politycznych debat w USA podczas gorącej fazy walki wyborczej w 2004 roku.

Nie da się uniknąć pojawiania się tematu Iraku w czasie walki wyborczej o prezydenturę. Z pewnością spory krążyć będą po pierwsze wokół pierwotniej decyzji o wojnie, po drugie wokół starań po wojnie zmiany systemu politycznego i odbudowy Iraku. Członkowie Task Force, którzy reprezentują szeroką paletę zróżnicowanych politycznych perspektyw, są jednakże zgodni co do tego, że USA mają zdecydowany interes w stabilności Iraku, którego przewodzenie odpowiada woli narodu. Stan wojny domowej, alternatywy do pokojowej politycznej rywalizacji, przyniósłby ze sobą szereg ryzyk: wtrącanie się konkurujących państw sąsiadujących, długoterminową niestabilność wydobycia i dostaw ropy naftowej, jak również powstanie rozbitego państwa, które zapewnia schronienie terrorystom. Taki stan oznaczałby ponadto gigantyczne niepowodzenie USA, które tym samym straciłyby władze i wpływy w całym regionie.

Innymi słowy, wybory nie mogą stać się forum politycznej debaty, podczas przebiegu której poddana zostanie w wątpliwość legalność okupacji amerykańskiej i pogrzebane zostanie jej publiczne poparcie. Wychodząc z tego punktu widzenia, który dzielą wszystkie wiodące osobistości obywatelskiego systemu dwupartyjnego, nominacja Deana nie mogłaby być przyjęta.

Ataki na Deana, które inicjowane były zarówno przez media jak i jego współkandydatów w Iowa przed Caucus (postępowaniem, podczas którego mniej ludzi ma prawo wyborcze niż podczas innych przedwyborow), odniosły nie dlatego sukces, ponieważ wyborcy odrzucili politykę Deana. W rzeczywistości większość ankiet pokazała, że wyborcy demokratów w Iowa, miażdżącą większością odrzucili wojnę. Ataki na Deana pozwalają jednak wyraźnie zobaczyć, na czym w oczach demokratycznych wyborców polegały jego słabości jako kandydata do prezydentury. I tak znalazły one oddźwięk nie tylko u tych, którzy go po prostu nie lubili, lecz również u wielu, którzy zgadzali się z jego rzekomym odrzucaniem wojny. Ta ostatnia grupa zgadzała się z nim, obawiała się jednak, że nie dorósł on do ataków republikanów w walce wyborczej o prezydenturę. Całkiem dziwnym sposobem przy atakach na Deana wykorzystane zostało elementarne pragnienie szerokich warstw demokratycznych wyborców, znalezienia kandydata, który mógłby pokonać Busha.

Wraz z demontażem kandydatury Deana po Caucus w Iowa i przedwyborach w New Hampshire natychmiast zmienił się ton i charakter walki przedwyborczej demokratów. Od teraz została ona zdominowana przez tych kandydatów, którzy głosowali za rezolucją senatu, dzięki której przygotowana została scena do ataku na Irak. W końcu na kandydata nominowany został Kerry, ponieważ gwarantuje on przebieg walki wyborczej, którym panująca elita się nie zgorszy. (Nieomal równie dobrze nadawałby się do tego John Edwards.)

Problem: Partia Demokratyczna

Nie można zaprzeczyć, że cała ta operacja została przeprowadzona wysoce profesjonalnie. Nastroje antywojenne, które niosła kampania Deana, zostały szybko przepędzone, a procedura nominacji zakończyła się wyborem kandydata, którego różnice z Bushem odnośnie Iraku i wszystkich innych ważnych problemów są w istocie tylko taktycznej a nie zasadniczej natury.

Jak to było możliwe? Sama rola mediów nie może tego wyjaśnić. Ich manipulacja opinią publiczną może odnieść tylko w takim stopniu sukces, jak dalece polityczne myślenie klasy robotniczej tkwi w granicach obywatelskiego systemu dwupartyjnego. Jedyny sposób, w jaki szerokie warstwy klasy robotniczej mogą dać wyraz swojemu ukrytemu niezadowoleniu obywatelską polityką, polega na tym, że będą trzymać się z daleka od tego całego procesu – i dokładnie to robią dwie trzecie uprawnionych do głosowania podczas każdych wyborów. Ten wyjątkowo wysoki poziom powstrzymywania się jest manifestacją głębokiego wyobcowania milionów Amerykanów, prawdopodobnie większości, od całej polityki. Nie uczestniczą oni w wyborach, bo w ich oczach nie przedstawiają one żadnego środka, który mógłby poprawić ich życie na lepsze.

Obok obojętności znaleźć jednak można również iluzje. Najbardziej paraliżującą i demoralizującą z tych iluzji jest wyobrażenie, że Partia Demokratyczna przedstawiałaby kiedykolwiek prawdziwą alternatywą dla Partii Republikańskiej. Ta iluzja odgrywa decydującą rolę dla dalszego trwania systemu dwupartyjnego USA.

Tam gdzie są iluzje, są również ludzie, którzy te iluzje wywołują – jednostki, organizacje i nurty polityczne, których celem jest umocnienie zaufania do systemu dwupartyjnego a w szczególności do Partii Demokratycznej. Przykładem na to jest niezwykła popularność, która przypadła w udziale kandydaturze deputowanego kongresu Dennisowi Kucinich i jakże pobożnemu kapłanowi Al Sharpton – zdumiewający aspekt walki przedwyborczej Demokratów.

Tygodniami, w jednej debacie po drugiej, obydwaj ci czcigodni panowie mogli zajmować miejsce obok pozostałych kandydatów. Fakt, że w przedwyborach różnych stanów otrzymali ogółem mniej niż trzy procent głosów, nie powstrzymało zapraszania ich do debat telewizyjnych. Otrzymali możliwość wyrażenia swojej krytyki w stosunku do wielkich koncernów i plucia wszystkimi możliwymi lewicowymi frazesami. Jako przysługę ze swojej strony zadeklarowali oni swoją wiarę w Partię Demokratyczną jako jedyną uprawnioną agenturę postępu politycznego w USA.

W ostatecznym efekcie udział ich przybliżył iluzję, jakoby Partia Demokratyczna była prawdziwą "partią ludu", która zasadniczo różni się od Partii Republikańskiej, że wrażliwie reaguje na nacisk mas i że jakoby jest w stanie dokonać w interesie ludu pracującego znaczących, a nawet radykalnych reform amerykańskiego społeczeństwa.

Tak samo zachował się Howard Dean, po tym jak zadeklarował swoją rezygnację z wyścigu o kandydaturę. Wzywał swoich zwolenników do nieangażowania się za żadna trzecią partią i do dalszego dążenia do zmian Partii Demokratycznej.

Większe znaczenie niż oświadczenia Kunnicha, Sharptona i Deana – którzy ostatecznie całe ich polityczne życie spędzili w Partii Demokratycznej i nie mają nic wspólnego z polityką antykapitalistyczną – ma stanowisko czasopisma Nation. Ten organ radykalizmu amerykańskiej klasy średniej- pod którego wpływem zła polityczna historia sięga aż lat trzydziestych dwudziestego wieku, kiedy to zaaprobował zamordowanie marksistowskich rewolucjonistów w Związku Radzieckim za panowania Stalina- wspiera teraz kandydaturę Johna Karry.

Najobszerniejsze uzasadnienie swojego poparcia dla kandydata demokratów przedstawia Nation w liście otwartym do Ralpha Nadera, który opublikowała 16. listopada. Żądała w nim pilnie od Nadera zrezygnowania z kandydowania w wyborach prezydenckich 2004.

Na czym polega różnica?

" George W. Bush poprowadził nas do nielegalnej preemptywnej wojny i teraz należy go pokonać, przeważająca masa wyborców, która reprezentuje postępowe wartości, - które liczą się, gdy ma być powołana do życia siła, która ma zmienić ten kraj – koncentruje się w tym roku na jednym celu: pokonać Busha. Każda kandydatura, która od tego celu odciąga, zostanie ukarana przez cale spektrum potencjalnie postępowych wyborców. Jeśli będziesz kandydował, odetniesz się prawdopodobnie nieodwołalnie od jakichkolwiek dalszych powiązań z tą energiczną masą aktywistów.

Usłyszcie zatem ostrzegawczy głos Nation!

Socialist Equality Party und die World Socialist Web Site mają zasadnicze i nie do pojednania różnice z polityką Ralpha Nadera, jednak nie zwracamy się przeciwko jego decyzji kandydowania na urząd prezydenta. To jego dobre prawo, nawet jeśli jego walka wyborcza miałaby kosztować kandydata demokratów senatora Karry utratę głosów i zwycięstwo wyborcze.

Argumenty Nation są nie do obrony zarówno pod względami politycznymi jak i logicznymi. Zgodnie z ich zasadniczym argumentem różnica pomiędzy rokiem 2000 a 2004 polega na tym, jakoby niedopuszczenie do ponownego wyboru Busha było nadrzędnym politycznym celem wszystkich "postępowych" ludzi. Ale czy nie musiałoby również już w 2000 roku być zrobione wszystko, co możliwe, aby od samego początku przeszkodzić wyborowi Busha? Oczywiście oznaczałoby to, że kandydatura Nadera przed czterema laty, która popierana była przezNation, była okropnym błędem.

Nation nie próbuje rozwiązać tej jaskrawej sprzeczności swojej argumentacji. Zamiast tego w absurdalny godny pogardy sposób stara się gloryfikować senatora Karry. Zachwyca się ona "jego odwagą, jego poczuciem sprawiedliwości i prawdomówności, jego przejrzystym prowadzeniem urzędu i jego wierności konstytucji, która jest dla niego ważniejsza niż polityka partii. Jest niewielu senatorów, o których możnaby to powiedzieć".

Fakt, że w 2004 roku może być napisany taki nonsens, świadczy o niewesołym stanie tej tak zwanej radykalnej polityki w USA. Nie potrzeba naprawdę żadnego szczególnego analitycznego talentu, aby rozumieć, że Kerry jest zdecydowanym i nieprzejednanym przedstawicielem społecznych interesów panującej elity i systemu kapitalistycznego w całości.

Poza tym osobiste cechy Kerrygo mają drugorzędne polityczne znaczenie. Jeśli chce się w tej walce wyborczej wypracować pozycję, która broni interesów klasy robotniczej, należy wyjść od historycznej oceny obywatelskiego systemu dwupartyjnego a szczególności klasowego charakteru Partii Demokratycznej.

Zawiły problem Partii Demokratycznej zajmował od samego początku ruch socjalistyczny w USA. Najważniejsza cecha amerykańskiego ruchu robotniczego – którą zanotowali socjalistyczni teoretycy od czasów Marxa i Engelsa – polega na tym, że nie wyodrębnił się on jako niezależna polityczna siła.

Klasa robotnicza w USA prowadziła w ciągu swojej historii walki, które nierzadko przybierały skrajnie wybuchowe formy. Jej strajki szły często w parze z groźnymi utarczkami, jakie Europa przeżywała co najwyżej w czasach otwartej wojny domowej. A mimo to amerykańskiej klasie robotniczej nigdy nie udało się oddzielić od partii politycznych tych samych bossów, których zaciekle zwalczała w zakładach i na ulicach.

Problemem tym zajmowało się każde pokolenie socjalistów w USA i próbowało go rozwiązać, w pierwszej linii poprzez stworzenie politycznie świadomej, antykapitalistycznej socjalistycznej masowej partii. Były okresy silnych walk klasowych, w których przełom był możliwy i wydawał się w zasięgu ręki – podczas nasilenia walk robotników przed I. Wojna Światową, podczas Wielkiego Kryzysu w latach trzydziestych, bezpośrednio po II. Wojnie Światowej i wreszcie w późnych latach sześćdziesiątych i wczesnych latach siedemdziesiątych. Za każdym razem jednak współdziałanie obiektywnych i subiektywnych czynników doprowadzało do zdławienia tego wielce obiecującego dążenia klasy robotniczej do politycznej niezależności.

Jeśli zajmiemy się bliżej kluczowym problemem, jak klasa robotnicza może zostać zorganizowana jako niezależna polityczna siła, natykamy się na Partię Demokratyczną. Jest ona od przeszło stu lat ważnym instrumentem, przy pomocy którego amerykańska burżuazja przeszkadza powstaniu niezależnej partii robotniczej, utrzymuje hegemonię obywatelskiego systemu dwupartyjnego oraz broni monopolu klasy kapitalistów na polityczną władzę.

To nie jest miejsce na szczegółowy przegląd historii Partii Demokratycznej. Takie studium musiałoby w mniejszym lub większym stopniu uwzględniać całą polityczną historię USA. Według niektórych teorii początki Partii Demokratycznej mają swoje korzenie we frakcjach politycznych, które wykształciły się w Rządzie Waszyngtońskim w latach dziewięćdziesiątych osiemnastego stulecia.

Mimo to Partia Demokratyczna wykazuje godna zauważenia ciągłość. Od pierwszej chwili, w której pojawiła się w swoim quasi-nowoczesnym kształcie, tzn. w latach trzydziestych osiemnastego stulecia, nadała Partii Demokratycznej pozę przedstawiciela prostego robotnika przeciwko wielkiemu kapitałowi. Historyk Artur Schlesinger junior świętował to w swojej książce "The Age of Jackson". Starający się przeciwdziałać wpływowi socjalistów w klasie robotniczej, Schlesinger argumentował, że rząd Jacksona, poprzez zahamowanie silnych finansowych interesów przy pomocy środków państwowych, stworzył model liberalnego demokratycznego panowania, który w pełni rozwinął się w New Deal Roosvelta.

Schlesinger przmilczał umyślnie, że odrzucenie przez Jacksona interesów przedsiębiorców z północy USA nie było spowodowane prawdziwym postępowym nastawieniem, lecz odzwierciedlało reakcyjny sposób widzenia właścicieli niewolników z południowych stanów. Podatność miejskiej części klasy robotniczej na cyniczne wykorzystanie ich tragicznego położenia przez Jacksona, aby zachęcić ich do sojuszu z klasą właścicieli niewolników, była wczesnym symptomem zasadniczej słabości ruchu robotniczego USA: jej próba znalezienia na podłożu korupcyjnych politycznych sojuszy z przedstawicielami innej reakcyjnej klasy krótkoterminowych rozwiązań głębokich społecznych problemów.

"The Age of Jackson" Schlesingera ukazało się w 1944 roku, pod koniec długiego czasu rządzenia przez Roosvelta jako prezydenta USA.Chociaż od ery Roosvelta dzieli nas dzisiaj kilka pokoleń i jego pamięć w powszechnej świadomości dalece przyblakła, jego cztery kadencje przyczyniły się do nadania połysku wizerunkowi Partii Demokratycznej w oczach ludności. Historia New Deal Roosvelta, była ciągle opowiadana przez związki zawodowe, aż wreszcie jako polityczny folklor obwieściła, jakoby społeczna sprawiedliwość w Ameryce odrodziła się jak Fenix z popiołów. New Deal stał się domniemaną erą bezprzykładnego społecznego postępu wskutek radykalnego przekształcenia amerykańskiego kapitalizmu przez Roosvelta.

Rzeczywistość wyglądała inaczej. Z pewnością, udowodnił Roosvelt niezwykły polityczny zmysł, dopasowując politykę swojego rządu do daleko idącego odrzucania kapitalizmu, które wywołało w społeczeństwie Wielki Kryzys. Jednak jego środki miały daleko idący charakter pigułek uspokajających. Nie dotykały one głębokich przyczyn strasznego kryzysu gospodarczego, które leżały w sprzecznościach kapitalistycznego systemu świata. Najważniejsze osiągnięcia klasy robotniczej były wynikiem bezpośrednich walk, które zazwyczaj kierowały się przeciwko rządowi Roosvelta. Drugie załamanie koniunktury w 1937 roku oznaczało porażkę New Deal. Aż do przystąpienia USA do II. Wojny Światowej w 1941 roku bezrobocie pozostawało na poziomie nieomal 25 procent.

Ddążenie do stworzenia partii robotniczej

Wraz z wybuchem masowych walk w środku lat trzydziestych dwudziestego stulecia – strajk w Toledo Auto-Lite, strajk generalny w Minneapolis, strajk generalny w San Francisco i, trochę później, strajk okupacyjny we Flint – pojawił się ponownie problem samodzielnej akcji politycznej klasy robotniczej. Nowo utworzone Zrzeszenie Przemysłowych Związków Zawodowych, Congress of Industrial Organizations (CIO), dotarło do granic czystej związkowej bojowości. Strajki same w sobie nie oferowały żadnego rozwiązania dla problemów zakładowej demokracji, społecznej równości i niebezpieczeństw faszyzmu i imperialistycznego militaryzmu.

Szczególnie, gdy robotnicy ciągle byli konfrontowani z zaciekłym sprzeciwem pracodawców – uosobionego w postaci masakry na strajkujących robotnikach przemysłu stalowego w Chicago w Memorial Day 1937 – związkowa bojowość okazała się zaułkiem bez wyjścia. Rosnąca wrogość rządu Roosvelta w stosunku do walk robotników o prawo do związkowej organizacji – Roosvelt napuścił związkowców przeciwko sobie, potępiając za masakrę w dniu Memorial Day zarówno związkowców, jak i przemysłowców ("diabeł powinien was porwać obydwu", obwieścił prezydent w nawiązując do Shakespeare) – poddał w wątpliwość ważność i wytrzymałość faktycznego sojuszu, który zawarły CIO z rządem Roosvelta i Partią Demokratyczną. CIO nie miał nawet jeszcze dwóch lat i już tkwił w ślepym zaułku.

Na tym tle dyskutowało w maju 1938 roku w meksykańskim Coyóacan kilku przywódców Socialist Workers Party – ówczesnego trockiego ruchu w USA – z Lwem Trockim, wypędzonym za granicę przywódcą Rewolucji Październikowej i twórcą Czwartej Międzynarodówki. Problemy CIO, według Trockiego, mogły zostać rozwiązane tylko poprzez podjęcie walki na płaszczyźnie politycznej. Naciskał on Socialist Workers Party, aby w obrębie nowego ruchu związkowego werbować do tworzenia partii robotniczej.

"Jest obiektywnym faktem", argumentował Trocki, że utworzone przez robotników nowe związki znalazły się w zaułku bez wyjścia, i że robotnicy, którzy już są zorganizowani w związki, muszą połączyć swoje siły, aby móc wpływać na władzę ustawodawczą i walkę klasową. Klasa robotnicza stoi na rozdrożu. Albo związki zostaną rozwiązane, albo zjednoczą się w politycznej walce."

Jak podkreślał Trocki w czasie tych dyskusji, nie występował on za tworzeniem reformistycznej partii podobnej mniej więcej do brytyjskiej Labour Party. Walka o partię robotniczą była nierozerwalnie związana z żądaniami zmian, które ukierunkowałyby robotników na walkę o władzę. Dążenie do Labour Party kierowało się przeciwko politycznemu podporządkowaniu klasy robotniczej pod rządami Demokratów, jakie reprezentowane było przez biurokrację związkową i stalinistów z Partii Komunistycznej.

Włączenie dążenia do partii robotniczej do programu Socialist Workers Party było dla amerykańskiego społeczeństwa decydującym krokiem na drodze do rewolucyjnej strategii. Identyfikowało ono główny problem ruchu robotniczego w USA – i pokazywało wyjście. Walka o utworzenie partii robotniczej doprowadziła ruch trockiego do coraz ostrzejszego konfliktu z biurokracją związkową, przy której nadrzędne związki, AFL i CIO, nie zważając na dzielące ich pozostałe różnice, zdecydowane były utrzymać podporządkowanie klasy robotniczej przywództwu Partii Demokratycznej.

Bezpośrednio po II. Wojnie Światowej niezwykle poprawił się standard życia klasy robotniczej. Osiągnięcia te zostały zrozumiane przez biurokracje związkową jako potwierdzenie ich politycznego sojuszu z Partią Demokratyczną. Jednak przyczyny ich leżą nie tyle w tym sojuszu, co w ekspansji gospodarki światowej po II. Wojnie Światowej. Daleko bardziej znaczące niż te zyski, było to, że klasa robotnicza zupełnie zaprzepaściła okazję przekształcenia społecznych i gospodarczych struktur amerykańskiego społeczeństwa w swoim interesie.

Od samych swoich początków w okresie Roosvelta, sojusz z Partią Demokratyczną oznaczał przede wszystkim, że związki wyrzekły się wszystkich radykalno-demokratycznych a tym bardziej socjalistycznych celów. Wszystkie dyskusje o radykalnym innym podziale bogactwa wewnątrz USA, o demokratyzacji świata pracy, o prawie robotników do wglądu w finanse przedsiębiorstw i o państwowych kontrolach dla gospodarki musiały zostać stłumione wewnątrz ruchu związkowego. Znaczyło to z konieczności tłumienie odmiennych poglądów, które zwykle doprowadzało do bojówek i politycznych czystek.

Historyk Alan Brinkley świetnie podsumował, jakie polityczne skutki pociągnęło za sobą podporządkowanie ruchu robotniczego Roosveltowi i Partii Demokratycznej:

"W swoim nowym partnerstwie z demokratami, liberałami i państwem związki musiały stać się podporządkowaną siłą, która tylko na marginesie mogła mieć wpływ na liberalną politykę.

Sojusz z demokratami miał jeszcze dalsze skutki, za które klasa robotnicza musiała słono zapłacić. USA wyszły z II. Wojny Światowej jako największa imperialistyczna siła. Za sprawą ich dalekosiężnych interesów witały każdą próbę ograniczenia wykorzystywania światowych zasobów przez amerykańskie przedsiębiorstwa z bezkompromisowa wrogością. W imię obrony liberalnej demokracji amerykański ruch robotniczy włączył się nie tylko do Zimnej Wojny, którą USA rozpoczęły w 1946 roku, lecz również dostarczył fanatycznych wojowników do światowej krucjaty przeciwko komunizmowi i każdemu przejawowi antyimperialistycznych walk. Czynności międzynarodowego oddziału AFL-CIO zostały dalece wcielone do pracy CIA. Bez usankcjonowanego przez AFL- CIO antykomunizmu nie byłoby możliwe polowanie na czarownice za czasów McCarthyego.

I jeszcze jeden ważny aspekt z dalekosiężnymi implikacjami miał socjusz z Partią Demokratyczną. Jej struktura władzy bazowała w latach czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku częściowo jeszcze na systemie podziału rasowego, który panował na "głębokim południu". Biurokracja związkowa uprzejmie powstrzymywała się od każdej poważnej próby zorganizowania robotników w tej części kraju. Z tego powodu rozwinął się duży ruch praw obywatelskich lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych dwudziestego wieku niezależnie od ruchu robotniczego.

Poprzez to, że AFL-CIO walkę przeciwko podziałowi rasowemu na Południu jak również demokratyczne i społeczne dążenia afroamerykańskich robotników na północy USA witał z reakcyjną powściągliwością albo nawet otwartą wrogością, pozostawił on przywództwo ruchu praw obywatelskich różnym częściom czarnej klasy średniej. Zamiast rozwinąć się w ramach potężnej walki klasowej o demokratyczne prawa i społeczna równość, ruch praw obywatelskich zdegenerował się do walki o uprzywilejowane stanowisko dla małej części czarnej klasy średniej w ramach kapitalizmu.

W latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku zarówno Partia Demokratyczna jak i AFL-CIO tkwiły w kryzysie i dążyły ku upadkowi. Wybuch ruchu praw obywatelskich zniszczył równowagę pomiędzy liberalnym skrzydłem Partii Demokratycznej na Północy i jej rasistowskim skrzydłem na Południu. Stopniowe przebrzmiewanie powojennego boomu i spadek niezachwianej ekonomicznej wiodącej pozycji USA wskazywały na grani keyneńskiej polityki gospodarczej, na której bazowały reformistyczne programy okresu powojennego. I wreszcie katastrofa wojny wietnamskiej – produkt dalece zaprogramowanej przez demokratów strategii Zimnej Wojny – doprowadziła amerykański liberalizm do stanu rozbicia, moralnego poniżenia i dyskredytacji.

Powiązana z Partią Demokratyczną biurokracja związkowa wychodziła zawsze z założenia, że źródła amerykańskiego kapitalizmu są niewyczerpane, i że ta nigdy niekończąca się ekspansja gospodarki narodowej da trwałą podstawę dla polityki reformizmu.

Gdy jednak kryzysy gospodarcze lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku- równoczesne wystąpienie recesji i inflacji, które znane było jako "stagflakcja" - rozbiły ta perspektywę, AFL-CIO nie miało alternatywy dla polityki walki klasowej nowego szefa amerykańskiego banku emisyjnego, Paula Volcknera, którego powołał w 1979 roku demokratyczny prezydent Jimmy Carter. AFL-CIO był nieprzygotowany na polityczne i społeczne skutki, jakie przyniosła ze sobą zapaść amerykańskiego liberalizmu: renesans Partii Republikańskiej i generalny atak na związki zawodowe, który rozpoczął się zwolnieniem 11.000 członków związku zawodowego pracowników nadzorujących bezpieczeństwo lotów PATCO. Zaakceptował on obszerną restrukturyzację amerykańskiego przemysłu, która w następnych dwudziestu latach miliony pracowników przemysłu kosztowała utratę pracy.

Biurokracja związkowa sabotowała każdą próbę robotników bronienia ich miejsc pracy. Na liście sprzedanych przez AFL-CIO w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku strajków reprezentowane były praktycznie wszystkie części zorganizowanej klasy robotniczej. Do roku 1990 coraz wyraźniej widać było, że AFL-CIO był w rzeczywistości aparatem części klasy średniej, który jako drugorzędna agentura uczestniczył w wyzysku klasy robotniczej. Realistycznie rzecz biorąc nie mógł być dłużej określany jako organizacja robotnicza.

Od utworzenia CIO upłynęło dopiero 55 lat. Przed tylko 35 laty AFL i CIO połączyły się w jednolite zjednoczenie związków zawodowych – w największy i najbogatszy tego typu na świecie. Jednak w obrębie tego bardzo krótkiego czasu jego polityka kolaboracji klas, jego polityczny sojusz z Partią Demokratyczną i jego zaciętość wobec każdego przejawu socjalistycznej ideologii doprowadziły do zupełnego załamania amerykańskiego ruchu robotniczego. Bez marksizmu nie ma mowy o ruchu robotniczym, mówiono kiedyś. AFL-CIO dostarczyło na to dowodów.

Workers League, poprzedniczka Socialist Equality Party, podjęła niezbędną zmianę jej politycznego programu. Dążenie do partii robotniczej, która opiera się na związkach zawodowych, zostało wyprzedzone przez wydarzenia.

Polityczna podstawa kampanii SEP

Ważniejsze jest jednak, że leżąca u jej podstaw zasada – że klasa robotnicza zbudować musi swoją polityczną niezależność od partii obywatelskich, że musi stworzyć własny polityczny program, który bezkompromisowo reprezentował będzie socjalistyczne i demokratyczne punkty widzenia, że musi walczyć o władzę polityczną – zachowa swoją nieograniczona prawomocność i stworzy podstawę do pracy Socialist Equality Party

Wspierana przez doświadczenia wyniesione z historii amerykańskiej klasy robotniczej Socialist Equality Party odrzuca stanowisko, że najpilniejszym zadaniem 2004 roku jest porażka prezydenta Busha, której musiałyby ustąpić wszystkie inne przemyślenia i pilne sprawy.

Nie, najważniejszym i najpilnieszym zadaniem jest walka o polityczną niezależność klasy robotniczej, której podstawą jest socjalistyczny i międzynarodowy program. Problem Bush musi być rozwiązany przez samą klasę robotniczą. Musi ona znaleźć swoje własne rozwiązanie i nie wolno jej pozostawić tego zadania jakimś częściom panującej elity.

Obstając przy tej zasadzie, w żadnym razie nie umniejszamy reakcyjnego i kryminalnego charakteru administracji Busha. W przeciwieństwie do Nation zrozumieliśmy bardzo dokładnie, że ataki na demokratyczne zwyczaje osiągnęły nową jakość, która najpierw ujawniła się w kampanii impeachmentu przeciwko Clintonowi a później bezpośrednio po wyborach roku 2000. Nie zmienia to jednak nic w naszym zasadniczym stanowisku, jak powinny być zwalczane takie niebezpieczeństwa i ewolucje.

Socialist Equality Party wie, że polityka rządu Busha wynika z kryzysu całego kapitalistycznego systemu świata, który będzie się pogłębiał i przyniesie ze sobą jeszcze większe niebezpieczeństwa, obojętnie, kto wygra najbliższe wybory. SEP nie chodzi w walce wyborczej tylko o to, jak należy zachować się w październiku. Chodzi o konieczne polityczne

Kto dziś doradza klasie robotniczej wybór Partii Demokratycznej i Johna Karry, ten musi rownież ponieść odpowiedzialność za skutki tej politycznej rekomendacji. Co powie on robotnikom, w przypadku gdy Kerry wygra wybory? Jak będzie wyglądać jego polityczna wiarygodność, gdy ten rząd pod presją klasowych interesów, które reprezentuje, podejmie dalsze militarne akcje na korzyść imperialistycznych interesów USA? Lub jeśli zaatakuje on klasę robotniczą?

Jakie zmiany wynikną z wyboru Johna Kerry? Czy zmieni się zasadniczo strategiczna orientacja amerykańskiego imperializmu? Czy wybór Kerrygp zmieni coś w tym, że polityka USA napędzana jest przez całkiem konkretne globalne przymusy? Czy pokona obiektywny geostrategiczny przymus, który stoi za obecną polityką rządu Busha, zapewnienia sobie kontroli nad złożami ropy naftowej na Bliskim i Środkowym Wschodzie jak również w Środkowej Azji a także posiadania ciągłego dostępu do innych ważnych rzadkich złóż surowców? Czy wybór Kerrygo doprowadzi do wycofania amerykańskich wojsk ze Środkowego Wschodu oraz Środkowej Azji?

A amerykańska polityka gospodarcza – czy zmieniłaby się poprzez wybór Johna Kerry w jakimś zasadniczym stopniu? Zniszczenie miejsc pracy i pogorszenie standardu życia postępowałyby dalej. Czy jest do pomyślenia, że rząd Johna Kerry zaatakowałby bastion bogactwa, który odgrywa zasadniczą rolę w strukturze społeczeństwa USA i panującej polityce socjalnej?

Podczas minionych dwudziestu lat dokonała się bezprzykładna koncentracja bogactwa wśród najwyższego procentu społeczeństwa. Położenie społeczne w USA nie może się poważnie zmienić, jeżeli nie zostaną bezpośrednio zaatakowane spiętrzone prywatne majątki. Rząd demokratów nie uczyni nic podobnego. Demokraci nie rozpoczną również walki przeciwko wielkim przedsiębiorstwom, które opanowują ten kraj.

Jak w każdym roku wyborczym demokraci przedstawiają się jako "przyjaciele" ludu pracującego. Jednak ten demagogiczny charakter deklaracji ich sympatii ujawnia się natychmiast, gdy porówna się je z obietnicami, które zadeklarowane zostały przed kilkoma dziesięcioleciami. Przed nieomal 40 laty, 12. maja 1964 roku, Lyndon Johnson przedstawił tutaj na University of Michigan swój program Great Society. Oświadczał on:

"Wyzwanie następnych pięćdziesięciu lat brzmi, czy będziemy wystarczająco mądrzy, aby wykorzystać dobrobyt (Ameryki), aby wzbogacić życie naszego kraju i podnieść je na wyższy stopień, i poprawić jakość naszej amerykańskiej cywilizacji… Bo w waszym czasie otwiera się przed nami możliwość wybicia się nie tylko do bogatego i silnego, lecz dalej do wielkiego społeczeństwa…

Great Society bazuje na dobrobycie i wolności dla wszystkich. Domaga się końca biedy i niesprawiedliwości pomiędzy rasami, cel, któremu czujemy się za naszego życia nieograniczenie zobowiązani. Ale to jest tylko początek."

Tak mówił Lyndon Johnson tutaj na University of Michigan przed czterdziestu laty. Jak w międzyczasie została dotrzymana obietnica pokonania biedy? Gdy Jahnson przemawiał, możliwe, że w pewnym stopniu szczerze, cała liberalna perspektywa znajdowała się wtedy w szczytowym punkcie powojennej ekspansji kapitalizmu, bezpośrednio przed swoim zaczynającym się rozpadem.

Jednak Johnson, który podczas swoich ostatnich kroków przed stoczeniem się w otchłań, patrzył przez różowe okulary, myślał, że zlikwidowanie nędzy jest "tylko pierwszym krokiem" wielkiego społeczeństwa. Przepowiadane przez Johnsona "Great Society" nie chciało nadejść nawet w zaczątkach. Dzisiejsze położenie ukazuje jego iluzje o przyszłości kapitalistycznej Ameryki już tylko jako szyderstwo.

Przed kilkoma dniami Detroit Free Press opublikowało statystyki o dochodach mieszkańców śródmieścia. Według tych danych 39,1 procent mieszkańców Śródmieścia Detroit zarabia mniej niż 10.000 dolarów rocznie, a 21 procent ma roczny dochód pomiędzy 10.000 a 19.999 dolarów – to znaczy, że 60 procent żyje na lub poniżej granicy nędzy. Dalsze 14 procent otrzymuje 20.000 do 29.999 dolarów. A zatem nieomal 75 procent mieszkańców śródmieścia Detroit zarabia mniej niż 30.000 dolarów rocznie.

Dalszy raport o nędzy w New York City opublikowało Community Service Society we wrześniu minionego roku. Cytowało ono dane z publicznego referendum, z którego wynika, że 12,1 procent wszystkich Amerykanów dotkniętych jest przez nędzę – więcej niż 30 milionów ludzi. W New York City stopa nędzy leży powyżej 20 procent. W innym raporcie ta sama organizacja podsumowała dane o bezrobociu czarnych mężczyzn w Nowym Jorku. Stwierdziła ona, że bez pracy jest 48,2 procent wszystkich czarnych mężczyzn w wieku produkcyjnym.

Kapitalizm nie potrafi rozwiązać żadnego z tych poważnych problemów. Konieczna jest rewolucyjna restrukturyzacja amerykańskiej i międzynarodowej gospodarki.

Przed czterdziestu laty socjaliści skrytykowali program Great Society prawdopodobnie zupełnie słusznie jako jedynie środek uspokajający. Jednak nowoczesny kapitalizm nie pozostawia już żadnej przestrzeni dla takich środków uspokajających. Od lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku amerykański kongres nie ustanowił już żadnej godnej wymienienia reformy.

Równocześnie potężnie rozrósł się państwowy aparat ucisku. Przed około 43 laty, w styczniu 1941 roku, prezydent Eisenhower ostrzegał wszechmocą militarno-przemysłowego kompleksu. Jednak to, co określał on w 1961 roku jako militarno-przemysłowy kompleks, z dzisiejszego punktu widzenia prezentowałoby się jak zabawkowa armia z ołowianych żołnierzyków.

Bez niezależnej politycznej mobilizacji klasy robotniczej nie może być walki o demokrację. Nawet tak elementarne reformy – które nawet nie są socjalistyczne – jak likwidacja gremium prawyborców i wprowadzenie nowego proporcjonalnego systemu wyborczego są nie do pomyślenia bez masowego ruchu przeciwko głównym zyskującym kapitalistycznego systemu dwupartyjnego, demokratom i republikanom.

Zasadniczym zadaniem, któremu poświęcamy się w tym roku jest walka o stworzenie rzeczywistego ruchu robotniczego, który powstać może jedynie na podstawie socjalistycznego programu. Chcemy wykorzystać naszą kampanię wyborczą, aby zapoczątkować wśród postępowych części klasy robotniczej, świadomych warstwach akademików i studentów dyskusję, która wywoła zrozumienie dla konieczności tego kroku. Chcielibyśmy zbudować ruch od podstaw – wmieszać się do wyborów do kongresu i umieścić naszych kandydatów w poszczególnych stanach na listach wyborczych, wszędzie tam, gdzie to tylko jest możliwe. Lecz cel dyskusji, do której dążymy polega przede wszystkim na zdobyciu nowych członków i powiększeniu poprzez to świadomej siły wewnątrz amerykańskiej klasy robotniczej.

Najważnieszym problemem jest podniesienie świadomości politycznej. Nie istnieją żadne skróty. Nie zachowujemy się tak jak byśmy liczyli się z tysiącami głosów, lub jak byśmy mieli wystawić kandydatów we wszystkich państwach. To nie jest możliwe. Jednak chcielibyśmy naszą kampanią stworzyć warunki do tego, aby to kiedyś w przyszłości mogło być możliwe.

Ludziom, takim jak liberałom lub radykałom zNation, kórzy twierdzą, że w 2004 roku należy "naprawdę coś zrobić", mówimy, że tracą oni swój czas, wprowadzają w błąd robotników i odsuwają zadania, za które należy wziąć się od razu.

Niezależnie od wyników tych wyborów, zdolność klasy robotniczej do obrony jej praw i powstrzymanie nowych wojen, zależy od tego, czy powstanie nowa perspektywa oraz czy polityczna świadomość klasowa podniesiona zostanie na wyższy poziom. O te cele będziemy walczyć w nadchodzących ośmiu miesiącach.

Przypisy:

[1] S. 13

[2] The End of Reform: New Deal Liberalism in Recession and War, New York 1995, S. 224.

 

Top

email: wsws@gleichheit.de!



Copyright 1998 - 2013
World Socialist Web Site!