World Socialist Web Site


Mailinglist
Podaj adres email, aby otrzymać informację o nowościach na stronie WSWS

Wprowadź
Usuń

Dzisiejsze nowości !
Aktualne analizy


INNE JĘZYKI

Angielski

Niemiecki
Francuski
Włoski
Hiszpański
Portugalski
Rosyjski
Serbsko-Chorwacki
Turecki
Indonezyjski
Syngalski
Tamilski


NAJWAŻNIEJSZE
WYDARZENIA

Po wyborach w USA
Perspektywy i zadania Socialist Equality Party

Walka o władzę na Ukrainie a strategia hegemonii Ameryki

  WSWS : WSWS/PL : Aktualne analizy

Po wyborach w USA

Perspektywy i zadania Socialist Equality Party

David North
28 grudnia 2004 roku

Poniższy wykład jest autorstwa Davida Northa, naczelnego redaktora WSWS oraz sekretarza Socialist Equality Party USA. Wygłosił on go w niedzielę, 14 listopada, na regionalnym zebraniu członków SEP w Ann Arbor w stanie Michigan.

Zadaniem dzisiejszego zebrania jest przeanalizowanie wyników wyborów i nakreślenie perspektywy, która wskaże kierunki pracy Socialist Equality Party z początkiem drugiej kadencji administracji Busha. Jasnym już jest, że wynik wyborów ma duży wpływ na sytuację polityczną w Stanach Zjednoczonych oraz na arenie międzynarodowej. Ponowny wybór Busha oznaczał szok dla szerokich mas społeczeństwa. W Stanach zjednoczonych i na całym świecie odnosi się wrażenie, że stało się coś złego, nieczystego i niebezpiecznego.

Przed wyborami szeroko rozpowszechniony był pogląd, że co do wyniku wyborów w 2000 roku chodziło o nieszczęśliwy przypadek, o jakąś anomalię, która może zostać skorygowana w pewnego rodzaju procesie oczyszczającym w 2004 roku. To, co stało się w ostatnich czterech latach, od momentu skradzionych wyborów w 2000 roku, wzmocniło pogląd, że ponowny wybór Busha jest nie do pomyślenia. Zdemaskowanie poszczególnych przyczyn wojny jako kłamstw, druzgocące skutki inwazji, rosnące bezrobocie i coraz szybsze obniżanie się stopy życiowej, szeroko rozpowszechnione wrażenie, iż USA zmierzają w niewłaściwym kierunku, znajdujące swoje odbicie również w badaniu opinii publicznej - wszystko to oraz związane z tym okoliczności w dniu wyborów musiały - wielu by w to uwierzyło - doprowadzić do odrzucenia administracji Busha przez narodowy elektorat. Te optymistyczne przeczucie znalazło swoje potwierdzenie w wyniku trzech przedwyborczych debat, które rzuciły jednoznaczne i bezlitosne światło na ograniczone intelektualne możliwości Busha.

Takie nadzieje podsycane pokaźną ilością pobożnych życzeń i oszukiwaniem się samego siebie, w dniu wyborów zostały gorzko zawiedzione. W 1974 roku po ustąpieniu Richarda Nixona w zenicie skandalu Watergate, kolumnista gazety New York Times Jimmy Breslin napisał książkę pod tytułem "Jak na końcu wygrali dobrzy". Tytuł odzwierciedlał samozadowolenie amerykańskich liberałów po kryzysie wywołanym poprzez nielegalne i sprzeczne z Konstytucją postępowanie republikańskiego prezydenta. Sprawca podał się do dymisji, a system rzekomo udowodnił swoją odporność. Trzykrotne "Niech żyje amerykańska demokracja!" Ale tym razem - trzydzieści lat później - ci "dobrzy" - dość nieodpowiednie określenie nieodpowiedzialnych tchórzy i dyletantów Partii Demokratycznej - nie wygrali. Zamiast tego powróciła administracja składająca się z politycznych przestępców, aż po pas brodząca w krwi i korupcji. Jak można to wytłumaczyć? Na to pytanie nie ma oczywiście łatwej odpowiedzi. Ale po pierwsze należy uznać, że ponowny wybór Georga Busha odkrył głęboki kryzys amerykańskiej demokracji i całego amerykańskiego społeczeństwa, dla którego nie ma ani prostego ani zwykłego rozwiązania.

Z punktu widzenia przywódców Partii Demokratycznej przyczyną porażki jest widocznie fakt, że ich kampania i kandydat poruszali się za bardzo po lewej stronie średniego Amerykanina. Dopasowują się oni do retoryki mediów obywatelskich a jako przyczynę swojej porażki określają brak wrażliwości wobec "wartości moralnych", rzekomo jakże drogich amerykańskiemu wyborcy,. Dan Gerstein, były doradca senatora Josepha Liebermana, w komentarzu w Wall Street Journal z 11 listopada napisał: "Musimy uświadomić sobie, że wielu niepewnych wyborców nie słucha nas jeśli chodzi o treści - a już w ogóle na nas nie głosuje - jeśli uważa, że nie podzielamy ich wartości".

Co jest treścią tych tak zwanych "wartości", które w tak olśniewający sposób zostały wyartykułowane przez Partię Republikańską? Po opadnięciu gorączki McCarthy’go i spadku atrakcyjności antykomunizmu jako strategii wyborczej w latach pięćdziesiątych, Partia Republikańska próbowała stworzyć masową bazę dla swojej prawicowej polityki gospodarczej i społecznej wykorzystując - w szczególności na Południu - polityczną reakcję przeciwko ruchowi walczącemu o prawa obywatelskie Afroamerykanów. Przeobrażenie Południa w ostoję republikanów znajduje swój początek w kampanii Goldwatera w roku 1964, który jako kandydat republikański stanowczo zwrócił się przeciwko ustawom o prawach obywatelskich. Chociaż Goldwater przegrał wybory, kampania jego położyła kamień węgielny pod tak zwaną "strategię południową" następnego republikańskiego kandydata. Richard Nixon w 1968 roku zauważył możliwość rozwinięcia nowej bazy politycznej na Południu poprzez apele do reakcji przeciwko ruchowi walczącemu o prawa obywatelskie.

Innym ważnym aspektem "problemu wartości" jest, tak mówią demokraci, religia. Również tutaj - przyznają - muszą odzyskać zaufanie bogobojnych Amerykanów. Gerstein pisze: " Panu Bushowi udało się przekonać więcej Amerykanów, że Bóg jest po jego stronie, ponieważ mówił on w próżni. Pan Kerry, za wyjątkiem ostatnich dni, prawie nie mówił o religii, co pozwala zrozumieć okoliczność, że katolicki kandydat przegrał u katolickich wyborców". Nawet gdyby tak było (a tak nie jest), że klęska demokratów jest następstwem jej niedostatecznego zainteresowania sprawami religii, pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie, dlaczego politykę amerykańską dominują dziś skrajnie wsteczne, fundamentalne formy religii. Jest to pytanie niezwykle ważne, szczególnie jeśli ma się przed oczyma, jak gruntownie zmienił się klimat od wyborów w 1960 roku, gdy Partia Demokratyczna nominowała Johna F. Kennedy’ego na swojego kandydata na prezydenta. Kennedy był dopiero drugim katolikiem, który został nominowany. Pierwszy, gubernator Nowego Yorku Alfred E. Smith, 32 lata wcześniej, poniósł miażdżącą porażkę po kampanii, która zniekształcona była przez religijna bigoterię. Mając na względzie te fakty, Kennedy czuł się zmuszony otwarcie poruszyć problem religii. Uczynił to 12 września 1960 roku w swoim przemówieniu wygłoszonym przed kilkuset południowymi przywódcami babtystów w teksaskim Hustonie.

Na wstępie Kennedy wyraził swoje ubolewanie z faktu, że w 1960 roku w Ameryce jest w ogóle potrzeba rozmawiania o sprawach religii, podczas gdy jest przecież tak wiele innych pilnych problemów, takich jak "głodujące dzieci, które widziałem w Zachodniej Wirginii, starzy ludzie, którzy nie mogą zapłacić swoich rachunków u lekarza, rodziny, które muszą zrezygnować ze swoich farm - Ameryka, która ma zbyt wiele slumsów a za mało szkół i zbyt późno wybija się w kosmos i na Księżyc." "To" jak wyjaśniał - są rzeczywiste problemy, które powinny kształtować wynik wyborów. To nie są problemy religijne, ponieważ głód, ciemnota i rozpacz nie znają podziałów religijnych.". Ale ponieważ religia stała się z powodu swojego katolickiego tła tematem wyborów, Kennedy zaakceptował, że "w oczywisty sposób jest konieczne, abym jeszcze raz wyjaśnił nie to, w jaki Kościół wierzę, bo to powinno być ważne tylko dla mnie, lecz w jaką Amerykę wierzę." Kontynuując powiedział: "wierzę w Amerykę, w której istnieje absolutny rozdział państwa od Kościoła, w której żaden katolicki prałat nie powie prezydentowi (jeśli miałby on być katolikiem), co powinien czynić, i żaden protestancki pastor członkom swojej wspólnoty nie powie, kogo powinni wybierać…"

Kennedy mówił dalej, że reprezentuje wyobrażenie o Ameryce, w której żaden przedstawiciel urzędu nie prosi i nie przyjmuje polityycznych instrukcji od Papieża, Narodowej Rady Kościoła czy też innych instytucji kościelnych" i w której " żadne stowarzyszenie religijne nie próbuje bezpośrednio lub pośrednio narzucać społeczeństwu swojej woli lub jej urzędnikom wykonywaania aktów urzędowych. "Wierzę w prezydenta, którego zapatrywania religijne są jego prywatną sprawą " - dodał.

W 1960 roku uwagi Kennedy’ego były raczej konwencjonalnym odzwierciedleniem zgodnego myślenia establishmentu politycznego co do stosunku Kościoła i Państwa, dzisiaj brzmią niczym herezja. Nie można sobie wyobrazić żadnej prominentnej postaci w Partii Demokratycznej, nie mówiąc o Republikańskiej, która w tak jawny sposób odważyłaby się odrzucić wtrącanie się religii w sprawy państwa. Podczas jednej z debat zapytano nawet Kerry’ego, jak reaguje na zalecenia katolickich biskupów, co do oddawania głosów. Wzywali oni członków swoich diecezji, aby głosowali przeciwko demokratycznemu kandydatowi, ponieważ glosował on w Senacie za prawem do aborcji. Kerry odpowiedział, że "respektuje" ich zdanie. Dlaczego klimat polityczny tak drastycznie się zmienił? Jaki związek istnieje pomiędzy społecznymi i gospodarczymi zmianami, jakie zaszły w Stanach Zjednoczonych podczas ostatnich dziesięcioleci, a ponownym ożywieniem religijnego zacofania? Czy istnieje może związek pomiędzy gospodarczą niestabilnością, na którą narażone są miliony Amerykanów, a rosnącym wpływem religii?

Takich pytań nikt jednak nie stawia. Przywódcy Partii Demokratycznej nie podejmują żadnych wysiłków, aby w obecnych warunkach życia amerykańskiego społeczeństwa doszukać się racjonalnych przyczyn rozpowszechniania się nieracjonalnych zachowań. Jeśli chodzi o nie, ożywienie religii musi zostać przyjęte bez względu na jej reakcyjne cele jako nie dający się zmienić fakt w życiu politycznym amerykańskiego społeczeństwa. Ta kapitulacja przed polityczną reakcją kryjącą się pod płaszczykiem religii znajduje swój pełen wyraz w następującej wypowiedzi Gersteina: " "Wybory potwierdziły, że kultura i charakter są dużo ważniejsze, aby dotrzeć do wyborców, niż polityka i programy."

Te streszczenie filozofii, będącej podstawą znacznej części Partii Demokratycznej, jest polityczną deklaracją kapitulacji i bankructwa. Jeśli "kultura i charakter" są ważniejsze niż "polityka i programy", to po co w takim razie partia polityczna? Nawet przelotne zastanowienie się nad amerykańską historią pokazuje, jak absurdalne jest twierdzenie Gersteina. Kolonie z roku 1776 były pełne "polityki i programów, nad którymi z obłąkańczą uwagą na szczegóły pracowali twórcy nowej amerykańskiej republiki. Czym była amerykańska wojna domowa, jeśli nie historycznym konfliktem o "politykę i programy", w którego centralnym punkcie stała walka pomiędzy niewolnictwem a jego zniesieniem? W połowie lat dziewiećdziesiątych XIX w. swój programowy wyraz masowa opozycja przeciwko przewadze Wall Strat nad gospodarką narodową znalazła w żądaniu waluty bazującej na srebrze. Na przełomie stuleci reformatorskie skrzydła partii obywatelskich - które w tym czasie pojawiły się pod rosnącym naciskiem nowych socjalistycznych nurtów - sformułowały "postępowy" program z dużą ilością politycznych inicjatyw.

Nawet w samej Partii Republikańskiej doszło w 1912 roku ze względu na rózbieżności polityczne do rozłamu. Nastąpił rozłam pomiędzy byłym prezydentem Theodorem Rooseveltem a prezydentem Taftem i prezydent Roosevelt stworzył partię Bull- Moose. Do tych interesujących wyborów w tym właśnie roku przystąpiło aż czterech kandydatów:Taft, Roosevelt, demokrata Woodrow Wilson i dla partii socjalistycznej - Eugene V. Debs. Polityczna debatę zdominowały polityczne i programowe problemy. Pod naciskiem lewicy Zjazd Partii Demokratów uchwalił program, który jako "główną przyczynę nierównego podziału bogactwa"określił "wysokie republikańskie cła" i wydał wyrok skazujący na system podatkowy, który "bogatych czyni jeszcze bogatszymi, a biednych - biedniejszymi." Atakował on "monopol prywatny" jako "nie do utrzymania i nie dający się zniesienia" oraz oskarżał administrację Tafta o to, iż "skompromitowała się poprzez Standard Oil Company i trust tytoniowy i zaniechała zastosowania przepisów karnych ustawy antytrustowej wobec odpowiedzialnych osób w tych przedsiębiorstwach…". Program występował również o narodowy podatek dochodowy, wybory senatorów przez naród i ograniczenie prezydentury do jednej kadencji. Poza tym zawierał on żądanie, które dzisiaj uznanoby za rewolucyjne: "Uchwalenie ustawy zakazującej przedsiębiorstwom finansowania wyborów i ograniczającej indywidualne datki do odpowiedniej wysokości maksymalnej."

W latach trzydziestych XX wieku Partia Demokratyczna stworzyła program New Deal, a za czasów prezydenta Johnsona program Great Socjety. Była to jej ostatnia próba reprezentowania programu reform społecznych. Mam nadzieję, że jasnym jest, że nie przytaczam tych doświadczeń po to, aby sławić historie Partii Demokratycznej, która ciągle była partia obywatelską i w ostatecznym rozrachunku broniła interesów kapitalistycznych. Ruch socjalistyczny w Stanach Zjednoczonych już od samych swoich początków poświęcał znaczną część swojego intelektualnego potencjału, aby krytykować w gruncie rzeczy obywatelski charakter Partii Demokratycznej, niedostateczny i ograniczony charakter jej reformatorskich eksperymentów oraz jej fałszywą ambicję reprezentowania interesów klasy robotniczej. Mimo to, wymiar jej politycznego upadku można zrozumieć tylko wtedy, gdy rozpatruje się go w historycznych ramach. Pogardliwe odrzucenie "polityki i programów" przez Gersteina dobitnie wyraża, jak Partia Demokratyczna odrzuca swoją liberalną i reformatorską przeszłość i jak jest niezdolna dotrzeć w sensowny sposób do potrzeb i interesów mas robotniczych w Stanach Zjednoczonych. Ona nawet nie próbuje tego robić. Nie po to tu jest.

W "Co się dzieje w Kansas" - żywej i ciekawej analizie współczesnej polityki - autor Thomas Frank przedstawia następujący dobitny opis społecznej orientacji i celów Partii Demokratycznej:

" Democratic Leadership Council (DLC), który wydał na świat takie osobowości jak Bill Clinton, Al Gore, Joe Lieberman i Terry McAuliffe, od dawna naciska na partię, aby zapomniała o wyborcach-robotnikach, a zamiast tego koncentrowała się na werbowaniu zamożnych przedstawicieli wyższych zawodów, reprezentujących poglądy liberalne. Do największej grupy interesów, o której wsparcie DLC rozpaczliwie zabiega, należą przedsiębiorstwa, których dary dalece przekraczają wszystko, co jest w stanie zebrać ruch robotniczy. Aby otrzymać głosy - a co ważniejsze - pieniądze tego upragnionego elektoratu, "nowi demokraci" myślą, iż trzeba powiedzmy absolutnie obstawać przy poparciu aborcji, podczas gdy przy problemach ekonomicznych, dobrobycie, NAFTA, świadczeniach społecznych, ustawach o pracy, prywatyzacji i deregulacji i in. czyni się nieograniczone ustępstwa. Tego rodzaju demokraci zdecydowanie odrzucają "wojnę klasową"- jak ją pogardliwie nazywają - i zadają sobie ogromny trud podkreślania swojego poparcia dla interesów gospodarczych. Tak jak konserwatyści nie mówią o problemach ekonomicznych. DLC uważa, że elektorat robotniczy, który do niedawna stanowił szkielet partii, nie miałby i tak żadnej alternatywy, a w sprawach ekonomicznych demokraci byliby zawsze ciut lepsi niż republikanie. Poza tym, który polityk w tym głodnym sukcesu kraju chciałby być głosem biednej ludności? Jakie pieniądze dadzą się na tym zarobić?

Andres mówi, że idealnym zwolennikiem partii jest makler giełdowy ze społecznym sumieniem.

Problem Kerry’ego nie polegał na tym, że reprezentował on za dużo programu i polityki, lecz że nie miał żadnych poważnych rozwiązań na duże problemy, przed którymi stoi ogół amerykańskiej klasy robotniczej. Jego cała kampania wyborcza była długotrwałą i mozolną demonstracją uników, dwuznaczności, mieszanych sygnałów i dwulicowości. Każde ustępstwo na rzecz mas stanowiących bazę Partii Demokratycznej Kerry kompensował niezwłocznie zapewnieniami na rzecz sponsorów wywodzących się z gospodarki. Swoją spóźniona krytykę wojny w Iraku powiązał z płynącymi z głębi serca zapewnieniami swojego niezachwianego wsparcia dla "wojny z terroryzmem". Oczywiście, Kerry poparł podniesienie stawek podatkowych dla super bogatych….ale podwyżka ta nie miała wypaść zbyt wysoko. Oczywiście, Kerry był za utrzymaniem ważnych programów społecznych… ale tylko w przypadku, gdy mogą być finansowane z bieżących wpływów. Gdyby kampania Kerry’ego miała mieć jakieś motto, to musiałoby ono brzmieć "Koniecznie, ale nie poważnie". Republikanie, którzy dysponują nieomylnym wyczuciem słabości swego przeciwnika i zdolnością skakania mu do gardła, wiedzieli, co robią, gdy wyszydzali go jako "Kerry-Zygzak". Publiczna niezdolność Kerry’ego do jasnego wypowiadania się za lub przeciw czemuś, miała źródło nie tylko w jego własnej chwiejności lecz również w zasadniczych sprzecznościach Partii Demokratycznej, która prezentuje się jako "partia narodu", podczas gdy wiernie służy swoim panom w gospodarce.

W minionych dniach dużo było dyskusji o najdziwniejszych faktach życia politycznego Ameryki: że wiele stanów, które głosowały w większości na republikanów - szczególnie na Południu i w tradycyjnych regionach przygranicznych (Kansas, Missouri, Kentucky, Tennessee i Zachodnia Virginia) - należy do najbiedniejszych w kraju. Oddziaływanie republikańskiej polityki gospodarczej na obywateli tych stanów było niszczące. Statystyki pokazują to wyraźnie: stany, które głosowały na Busha mają najwyższy wskaźnik ubóstwa, przestępstczości i rozwodów (i mimo - a może powinniśmy powiedzieć - z powodu szeroko rozpowszechnionego wpływu religii) jak również inne oznaki społecznego marginesu. Twierdzenie, że wyborcy poparli republikanów, bo "wartości" są dla nich ważniejsze niż ich własne materialne interesy, naukowe socjologiczne badanie zastępuje mistyką.

Abstrakcyjne wskazywanie na "wartości" - których dokładnego znaczenia nikt nie zna - mało przyczynia się do wyjaśnienia, dlaczego robotnicy poddali się wpływowi Partii Republikańskiej i jej zastępom religijnych krzykaczy i moralizujących oszustów. Bardziej przekonywujące jest tłumaczenie, że nieomal zupełny upadek starego ruchu robotniczego w Stanach, który kiedyś był ostoją wojowniczego ruchu związkowego, pozostawił miliony robotników bez możliwości wyjścia naprzeciw problemom społecznym i obrony jej interesów jako klasy. Spójrzmy na doświadczenia społeczne zaledwie jednej części amerykańskiej klasy robotniczej. Przez dużą część XX wieku w Zachodniej Wirginii i Kentucky jak i w znacznych częściach stanów Wirginia, Tenessee, Arkansas i Kentucky szalały walki górników, którzy zorganizowani byli w związkach zawodowych UMWA. Górnicy byli najbardziej świadomą klasowo częścią amerykańskiej klasy robotniczej. Walczyli niezliczone razy przeciwko olbrzymim przedsiębiorstwom górniczym i sprzeciwiali się Białemu Domowi. Ale w latach osiemdziesiątych XX wieku górnicy ponieśli szereg ciężkich porażek, za które główną winę ponosiła biurokracja związkowa. UMWA skurczyła się do nie mającej znaczenia i treści powłoki. Tysiące miejsc pracy w górnictwie zostało zniszczonych.

Bezrobotni, odcięci od głęboko zakorzenionych społecznych kontaktów, które utrzymywały świadomość klasową w trwających pokolenia walkach, wyobcowani wobec związku, który pozostawił ich samych sobie, niegdysiejsi bojowi robotnicy stali się łatwym łupem dla łowców dusz …., którzy ciągle poszukują nowych klientów. Dla dzieci tych robotników, dorastających zupełnie poza zorganizowanym ruchem robotniczym i nic lub prawie nic nie wiedzących o tradycjach walk klasowych, istnieją poważneprzeszkody na drodze do rozwoju świadomości klasowej. Skąd mają pozyskać informacje i rozumienie, które przyczyniłyby się do powstania krytycznego stanowiska wobec dzisiejszego społeczeństwa i wspierałyby zrozumienie, że możliwe jest lepsze, bardziej humanitarne społeczeństwo - na tym świecie i za ich życia? Na pewno nie za pomocą dzisiejszych partii politycznych i nie z bagna masmediów.

To nie znaczy, że przeciętny amerykański robotnik przełknie propagandę, na którą wystawiają go bez przerwy środki masowego przekazu i aparat partyjny republikanów. Nie na długo. Życie daje mu tak wiele do uwidzenia, dosyć, aby wiedzieć, że rzeczy nie są takie, jakie powinny być. Jeśli robotnik mówi o "wartościach", mają one dla niego zupełnie inne znaczenie niż dla szefa firmy Enron - Kennetha Laya - czy dla George’a Busha.

Istnieje obecnie wiele relacji, które powątpiewają, czy sprawa "wartości" faktycznie grała tak dużą rolę w wyborach roku 2004. Wydaje się, że wyniki ankiet, na których opierały się doniesienia bezpośrednio po wyborach, były albo wprowadzające w błąd, albo zostały błędnie zinterpretowane. Jestem pewien, że to jest uzasadnione. Ale ważniejsze jest, że problem "wartości" podniesiony został w politycznej próżni, która powstała, ponieważ żadna z obydwu partii nie sformułowała faktycznych społecznych, ekonomicznych i politycznych interesów szerokich rzesz amerykańskich robotników. Demokraci, republikanie oraz środki masowego przekazu tworzą razem wielki chór, który śpiewa zachwycające hymny o sławie amerykańskiego kapitalizmu.

Nie chodzi przy tym o tymczasowe zasłabnięcie, mogące zostać pokonanym poprzez przetasowanie personelu lub lepszego kandydata, lecz o wynik ewolucji amerykańskiego kapitalizmu - niezwykłej koncentracji bogactwa w relatywnie niewielu rękach, ekstremalnej społecznej nierówności, szybkiego upadku tradycyjnej "klasy średniej", która kiedyś służyła jako rozjemca w walce klasowej pomiędzy kapitalistami a robotnikami i stanowiła ważną bazę dla społecznego reformizmu i wreszcie zniknięcia wszelkich znaczących grup wewnątrz panującej elity, która poważnie wstawia się za utrzymaniem tradycyjnych obywatelsko- demokratycznych form rządzenia.

Ten dalece zaawansowany upadek obywatelskiej demokracji jest nierozerwalnie związany z metastatycznym rozprzestrzenianiem się amerykańskiego imperializmu. Wyraża się on nie tylko poprzez bandyckie napady na inne kraje, lecz również poprzez wewnętrzny rozpad tradycyjnych obywatelsko-demokratycznych instytucji w samych Stanach Zjednoczonych. Indywidualne bogactwo i materialne interesy wszystkich części panującej elity i jej rozległego społecznego otoczenia uzależnione są od takiego czy innego dominowania Ameryki nad kapitalistyczną gospodarkę świata. Z tego powodu duże części panującej elity zgadzają się na popieranie udziału wojska w realizowaniu globalnych strategicznych celów Stanów Zjednoczonych.

Jeśli decydować mieliby główni stratedzy Partii Demokratycznej, to w kampanii wyborczej Irak w ogóle nie miałby znaczenia. Po wyeliminowaniu Howarda Deana przy nominacji kandydata demokratów Kerry i jego doradcy chcieli robić tak, jak gdyby Iraku nie było. Nie miało być żadnej krytyki co do inwazji na Irak, a już w ogóle w odniesieniu do tak zwanej "wojny z terroryzmem". Nawet, gdy notowania Kerry’ego po Zjeździe Partii Demokratów dramatycznie spadły - najważniejszym powodem było rozczarowanie demokratycznych zwolenników, że Kerry nie wystąpił przeciwko inwazji - kandydat twardo podtrzymywał swoje milczenie.

Dopiero w połowie września, gdy chaos w Iraku dał wielu wiodącym republikanom powód do krytyki wobec prowadzenia wojny przez Busha, Kerry zdecydował, że z punktu widzenia panującej elity uzasadnionym jest uczynienie wojny tematem kampanii wyborczej. A nawet wtedy przy krytyce "przedwczesnej" inwazji Busha kładł wciąż jeszcze dużą wagę na to, aby nie wywołać najmniejszego podejrzenia, iż on w jakikolwiek sposób popiera wycofanie amerykańskich wojsk z Iraku lub w przypadku swojego zwycięstwa w wyborach to wycofanie by spowodował. Gdyby Kerry wygrał wybory, nagłówki w minionych tygodniach nie wyglądałyby inaczej, niż gdyby zaaprobował on bezkrytycznie atak na Falludżę. Być może dążyłby do pewnych taktycznych układów z rządami europejskimi, aby otrzymać więcej poparcia dla amerykańskiej okupacji Iraku, ale główny kierunek amerykańskiej polityki zagranicznej za czasów panowania administracji Kerry’ego nie zmieniłby się.

Obok strachu i obaw o przyszłość istnieje po wyborach szeroko rozpowszechniony nastrój, że osiągnięty został punkt zwrotny - życie polityczne nie może toczyć się dalej tak jak do tej pory. Symptomy historycznego kryzysu amerykańskiej demokracji są zbyt liczne i widoczne, aby można im było zaprzeczyć lub je ukryć i stało się bardzo widoczne, że ten system nie może się sam naprawić. Kryzys amerykańskiego kapitalizmu zagraża popadnięciu całej planety w katastrofę, jeśli nie zostanie on rozwiązany poprzez wkroczenie do akcji dużej rzeszy ludności pracującej USA na podstawie nowego prawdziwie postępowego i demokratycznego, to znaczy socjalistycznego programu.

Z klęski w wyborach 2004 roku należy wyciągnąć szereg politycznych wniosków. Pierwszy wniosek to ten, że muszą to być ostatnie wybory, w czasie których amerykańska klasa robotnicza przywiązana była do śmierdzących zwłok posłusznego gospodarce systemu dwupartyjnego a w szczególności do Partii Demokratycznej. Pierwszym krokiem do politycznego myślenia jest uświadomienie amerykańskiej klasy robotniczej, że nie musi bronić swoich interesów przy pomocy partii, która kontrolowana jest przez interesy gospodarcze i jest im posłuszna, i że stoi ona przed zadaniem zorganizowania niezależnej własnej partii, uzbrojonej w program wyrażający jasno jej potrzeby i nadzieje.

Z punktu widzenia historii największą słabością amerykańskiego ruchu robotniczego jest jej podporządkowanie Partii Demokratycznej. Polityczni oportuniści różnorodnego kolorytu - biurokraci związkowi, liberałowie i liczne radykalne tendencje - usprawiedliwiali tą potrzebę twierdzeniem, jakoby demokraci byli "przyjaciółmi robotników" i swoim zaangażowaniem w reformy społeczne podwyższali standard życia jak i zapewniali demokratyczne prawa klasy robotniczej.

We wcześniejszym okresie historycznym twierdzenia te wydawały się wielu robotnikom przekonywujące. Dla pokolenia robotników oraz dla dużych części klasy średniej, które były świadkami wielkiego kryzysu w 1929 roku, dużą zmianę oznaczało przejście od Herberta Hoovera do Franklina Foosvelta. "Nadejście New Deal", mówiąc słowami liberalnego historyka Artura M. Schlesingera, zaznaczyło początek ery reformizmu społecznego, który z czasem doprowadził do znacznej poprawy warunków życia wielu milionów Amerykanów. Środki, które przed rokiem 1933 uznawane były za niemożliwe do pogodzenia z kapitalizmem - Laissez-faire - takie jak zadłużenie państwa, subwencje cen produktów rolnych, oficjalne uznanie prawa robotników do organizowania się i zrzeszania się w związkach, wprowadzenie pomocy społecznej i stworzenie władz nadzorujących, które stawiały pewne granice praktykom przedsiębiorstw - głęboko oddziaływały na klimat społeczny w Stanach Zjednoczonych. Ale Roosvelt nie był ani rewolucjonistą ani socjalistą. O wiele bardziej był nadzwyczaj uzdolnionym dalekowzrocznym przywódcą obywatelskiej polityki, który rozumiał, że kapitalizm mógł przeżyć kryzys lat trzydziestych XX wieku, ponieważ został zreformowany.

Eksperymenty Roosvelta z "New Deal" były możliwe tylko dlatego, ponieważ Stany Zjednoczone mogły w tym czasie sięgnąć jeszcze do ogromnych zasobów ekonomicznych. Dysponowały one wystarczającymi rezerwami finansowymi, aby wesprzeć program kompromisu klasowego. Jednak nawet wówczas szczery - bez wątpienia - zamiar Roosvelta stworzenia sprawiedliwszego społeczeństwa popadł w konflikt z kapitalistyczną rzeczywistością. W 1944 roku, w swoim przemówieniu o sytuacji narodu Roosvelt żądał drugiej "Bill of Rights", karty praw, "dzięki której stworzona może być podstawa bezpieczeństwa i dobrobytu, niezależnie od pozycji, rasy i pochodzenia." Do tych społecznych i ekonomicznych praw, które miały być zagwarantowane wszystkim obywatelom Stanów Zjednoczonych, należały "prawo do sensownej i rentownej pracy", "prawo do wynagrodzenia, które zapewnia adekwatne wyżywienie, ubranie i wypoczynek", "prawo każdej rodziny do przyzwoitego mieszkania", "prawo do odpowiedniej opieki medycznej, do utrzymania dobrego stanu zdrowia i korzystania z niego", "prawo do odpowiedniej ochrony przed zagrożeniem gospodarczym spowodowanym wiekiem, chorobą, wypadkiem i bezrobociem", oraz "prawo do dobrego wychowania". Roosvelt prosił Kongres o "zbadanie możliwości wydania tej gospodarczej karty praw - ponieważ zrobienie tego z pewnością leży w gestii Kongresu".

Druga karta praw Roosvelta nigdy nie stała się rzeczywistością i żadne z praw, które miały przysługiwać wszystkim obywatelom, nigdy nie weszło w życie. Po śmierci Roosvelta w kwietniu 1945 roku amerykański kapitalizm, który wyszedł z II wojny światowej jako największa siła gospodarcza i najbogatszy kraj na świecie, rozwijał się silnie przez trzy dziesięciolecia. Ale nawet w tych optymalnych warunkach wizja Roosvelta nie dała się pogodzić z ekonomicznymi wymogami amerykańskiego kapitalizmu. Dwadzieścia lat później, w maju 1964 roku, prezydent Lyndon Johnson jako ostatni prezydent, który występował za ambitnym społeczno-reformatorskim programem, przedstawił swoje propozycje w celu zrealizowania Great Society. W tym jednak czasie globalna pozycja amerykańskiego kapitalizmu chyliła się ku upadkowi, jego bilans handlowy mocno się pogorszył, a jego waluta straciła na wartości. Dodatkowe obciążenie budżetu poprzez wojnę w Wietnamie w dramatyczny sposób podkopało bazę finansową, która mogłaby pomóc we wprowadzeniu w życie ambitnej reformy społecznej. Idea Great Society obumarła już w powijakach.

W ciągu tych czterdziestu lat, które minęły od zapowiadanej przez Johnsona Great Society, następne republikańskie i demokratyczne administracje w równej mierze starały się zniszczyć wszystko, co z tego i "New Deal" pozostało. Ten proces społecznego i politycznego kroku w tył nie da się wytłumaczyć złymi zamiarami jednego czy drugiego prezydenta. Jego rzeczywiste powody leżą w obiektywnych sprzecznościach systemu kapitalistycznego.

Rosnące polityczne napięcia wewnątrz Stanów Zjednoczonych, epicentrum światowego kapitalizmu, są symptomami załamania gospodarczego i społecznego systemu, który opiera się na prywatnej własności środków produkcji a międzynarodowo na strukturze państw narodowych, które są od siebie zależne, ale mimo to są wrogo do siebie nastawione. Olbrzymi rozwój przemysłu i technologii stworzył globalne masowe społeczeństwo, którego złożoność wymaga pewnej dawki międzynarodowej współpracy i świadomego społecznego planowania, które w kapitalizmie są nie do pomyślenia. Jak można znaleźć rozwiązanie dla problemów, które w gruncie rzeczy są problemami światowymi, jeśli planeta podzielona jest na konkurujące ze sobą państwa narodowe? Jak zaspokoić potrzeby miliardów ludzi w zakresie żywienia, wykształcenia, mieszkania, opieki medycznej i niekończących się innych potrzeb społecznych - w ramach systemu gospodarczego, w którym o dysponowaniu najważniejszymi finansowymi zasobami decyduje się według kryteriów zysku przedsiębiorstwa i osobistego bogactwa? Problemy te nie mogą zostać rozwiązane na płaszczyźnie kapitalizmu. Trzeba skończyć z dyktaturą międzynarodowych koncernów, na których czele stoi finansowa oligarchia. Konieczna jest nowa kolektywna prawdziwie demokratyczna droga do podziału zasobów oraz zaspokojenia potrzeb społecznych.

Walka o taki program wymaga stworzenia nowej partii politycznej klasy robotniczej, która oprze się na socjalistycznym i międzynarodowym programie. To jest zadanie, które przypadło Socialist Equality Party i znalazło swój wyraz w naszym udziale w wyborach w 2004 roku. Pod względem organizacyjnym wymiar naszej kampanii wyborczej ograniczony był środkami, którymi dysponowała nasza partia. Stany Zjednoczone są olbrzymim krajem i przeszkody, które stawiane są kandydatom trzeciej partii przez organy nadzorujące kampanię wyborczą na zlecenie republikańsko - demokratycznej dwuwładzy są ogromne. W stanach Illinois i Ohio musieliśmy staczać zażarte i drogie boje z przedstawicielami państwa, którzy próbowali trzymać naszych kandydatów z daleka od kart wyborczych. W Illinois przebiliśmy się, a Tom Mackman znalazł się ostatecznie na karcie do głosowania. W Ohio nie rozpatrzono jeszcze naszej skargi, chociaż wybory już się odbyły. Mimo wszystkich trudności i ograniczeń kandydaci nasi dokonali wspaniałego dzieła i w niektórych przypadkach zdobyli pokaźną liczbę głosów - szczególnie w stanach Maine i Illinois. Ważniejsze jednak niż bezpośrednio namacalne wyniki są długoterminowe konsekwencje, wynikające z udziału Socialist Equality Party w wyborach.

Dla socjalistów istnieje decydująca miara, którą mierzą i oceniają swoje polityczne aktywności. Jak dalece poprzez swoją polityczną pracę wyartykułowali obiektywne interesy klasy robotniczej, jak dalece przyczynili się do jej politycznego uświadomienia i edukacji i jak dalece przygotowali grunt pod przyszłe walki. Patrząc w ten sposób mamy wiele powodów do dumy z tego co Socialist Equality Party osiągnęła w 2004 roku. Program, na którym bazowała nasza kampania wyborcza, pokazał robotnikom jasna analizę amerykańskiego i międzynarodowego kapitalizmu i przekonywał do międzynarodowej socjalistycznej strategii. Poza kampanią wyborczą będzie on służył jako polityczna wytyczna dla nadchodzących zmagań.

Perspektywa SEP odcinała się wyraźnie od licznych radykalnych tendencji, które swoją polityczną aktywność mimo tej czy innej krytyki systemu dwupartyjnego rozumiały jako środek do wywierania nacisku na Partię Demokratyczną i spychania jej na lewą stronę. To było jednoznacznym celem Nadera i innego, oficjalnego kandydata Partii Zielonych. Swój żałosny wyraz perspektywa ta znalazła w politycznej linii magazynu The Nation, który w przeddzień wyborów przedstawił nachalne zalecenie głosowania na Kerry’ego. Chwalił go jako "Mężczyznę o wysokiej inteligencji, gruntownej wiedzy i ogromnej determinacji". Ale abstrahując od jego osobistych zalet, The Nation argumentował, że zwycięstwo Kerry’ego w wyborach jest jedyna drogą aby obronić demokrację w Stanach Zjednoczonych. Ponowne zwycięstwo Busha miałoby zagrozić konstytucji Stanów Zjednoczonych. Niebezpieczeństwo to mogłoby zostać powstrzymane tylko przez zwycięstwo Kerry’ego.

To nie miejsce i nie czas na szczegółową krytykę pozycji The Nation.Chcę ograniczyć się do uwagi, że magazyn ten poprzez swoją linię ignoruje najważniejsze nauki, które należało wyciągnąć z tragedii XX wieku. Jak uczy doświadczenie europejskiego faszyzmu w latach trzydziestych XX wieku, klasa robotnicza może bronić swoich demokratycznych praw tylko poprzez niezależną polityczną mobilizację. Nie może pokonać niebezpieczeństwa dyktatury dopóty, dopóki podporządkowuje się politycznie Partii Demokratycznej. Radzenie robotnikom, żeby pozostawili obronę ich demokratycznych praw Partii Demokratycznej - partii, którą The Nation w tym samym wydaniu określa mianem "odrażających imperialistów" - jest równoznaczne z doradzanie im do popełnienia samobójstwa.

Stąd też nie jest chyba zaskakującym, że The Nation na zwycięstwo Busha zareagowała paniką i rozpaczą. W artykule pod tytułem "Opłakuje" Kata Pollitt ciska werbalnymi gromami na całe amerykańskie społeczeństwo. John Karry, pisze, "był dobrym kandydatem". Problem polegał na tym, że " wyborcy wybierają to, czego faktycznie chcą: nacjonalizm, wojnę prewencyjną, porządek zamiast prawa, "bezpieczeństwo" poprzez tortury, ataki na kobiety i homoseksualistów, przepaść pomiędzy posiadającymi a nic nie mającymi, państwową wspaniałomyślność dla swoich kościołów i bezwzględnego prezydenta".

Podczas gdy Pollitt zarzuca amerykańskiemu społeczeństwu, że nie zasłużyło na Kerry’ego, z drugiej strony lamentują wydawcy magazynu: "Podczas całej kampanii demokratyczny kandydat nawet raz nie dyskutował szczerze o najważniejszym problemie, przed którym stoi kraj: jak wycofamy się z wojny w Iraku?" Stwierdzają oni również, że Kerry równie mało był w stanie odwołać się do społecznych problemów robotników: "Nie zaproponował im żadnego wiarygodnego środka na ich bolączki." Mimo tych braków wydawcy The Nation pozostają przy perspektywie podejmowania wpływu na Partię Demokratyczną. "Z historycznego punktu widzenia", piszą, "partia ta miała lepsze momenty, gdy została popchnięta do czynu przez ruchy narodowe z zewnątrz, od ruchu klasy robotniczej po ruch walczący o prawa obywatelskie i ruch kobiet aż do ruchu o prawa homoseksualistów".

Socialist Equality Party odrzuca tą analizę i perspektywę. Tylko jeśli jednoznacznie i nieodwołalnie klasa robotnicza zerwie sie z Partią Demokratyczną, może ona osiągnąć postęp. Zerwanie to obejmuje nie tylko zmianę przynależności organizacyjnej, lecz również głęboką i obszerną zmianę perspektywy politycznej i światopoglądu klasy robotniczej - przejście od narodowej do międzynarodowej perspektywy, od zrezygnowanego akceptowania kapitalizmu jako nieodwracalnego stanu do zrozumienia konieczności socjalizmu, od nadziei na lepsze dni do zaangażowanego działania na rzecz rewolucyjnego przeobrażenia amerykańskiego społeczeństwa.

Na korzyść takiej przemiany działają dwa czynniki. Pierwszym jest obiektywny kryzys samego kapitalizmu, który nie pozwoli klasie robotniczej na oddech pomiędzy szokiem a wstrząsami. Wojna nie zniknie tak po prostu za dalekim horyzontem jak niepogoda. Jak to zwykle bywa, okrucieństwa wojny będą się rozprzestrzeniały, żądne coraz większych ofiar ludzkich, i przyspieszały erozję praw wewnątrz kraju. Spiętrzone globalne sprzeczności systemu kapitalistycznego nie pozwolą na oddech pomiędzy ciągłymi atakami na standard życia klasy robotniczej. Duży spadek wartości dolara po wyborach jest zwiastunem wzrastającej niepewności ekonomicznej. Chaos, który niesie ze sobą wzmagający się kryzys, skonfrontuje robotników z koniecznością obrony ich zasadniczych społecznych interesów.

Drugi czynnik ma charakter subiektywny: Starania Socialist Equality Party we współpracy z jej międzynarodowymi zwolennikami w Międzynarodowym Komitecie Czwartej Międzynarodówki na rzecz przekazania nowemu pokoleniu ludzi pracy i studentom zasad socjalizmu i ofiarowania całej klasie robotniczej jasnej politycznej orientacji, gdy podejmie ona historyczne walki. W dniach po wyborach masowo otrzymywaliśmy listy od czytelnikówWorld Socialist Web Site, w których wyrażane jest cały wachlarz poglądów i nastrojów: wściekłość, obrzydzenie, zakłopotanie, rozgoryczenie i troska. U niektórych czytelników ujawnia się wszystko na raz. Ale większość listów wyraża życzenie, przejścia do kontrataku. Rozumieją oni przy tym, że muszą przemyśleć i zmienić swoją własną koncepcję polityczną. Wynik wyborów wstrząsnął wszystkim.

Dla SEP oznacza to jednocześnie możliwość i wyzwanie. Partii przypada ogromna odpowiedzialność za rozszerzenie swojej działalności, bardziej energiczne i uparte zwracanie się do wielu jej zwolenników spośród bardzo wielkiego grona codziennych czytelników World Socialist Web Site i uczynienie z wielu tych czytelników i zwolenników aktywnych członków Socialist Equality Party.

Nie zaprzeczamy i nie umniejszamy trudności, które związane są z walką o socjalizm w Stanach Zjednoczonych. Skutki dziesiątek lat propagandy antykomunistycznej i polowań na czarownice, fiasko i zdrada związków zawodowych, daleko idący brak zaangażowanej politycznie inteligencji, niski poziom popularnej kultury masowej i degradujący wpływ środków masowego przekazu, tradycje narodowej prowincjonalności, zawziętość "mocnego indywidualizmu" i pragmatyczne lekceważenie historii i teoretycznych uogólnień - wszystko to są czynniki, które utrudniają walkę o socjalistyczną świadomość klas. Ale naszym punktem wyjścia są obiektywne implikacje, wynikające z kryzysu amerykańskiego i globalnego kapitalizmu. Niezależnie od tego, jak bardzo skomplikowany może być ten proces, to ostatecznie społeczny byt określa społeczną świadomość. Jak już trafnie powiedział kiedyś Lew Trocki: "Historia w końcu znajdzie drogę do świadomości klasy robotniczej. Amerykańscy robotnicy nie odkryją innej drogi do rozwiązania problemów powstających z kryzysu kapitalizmu, jak droga socjalizmu i internacjonalizmu. Wszystkie inne drogi prowadzą do katastrofy. To jest alternatywa, wobec której stoi klasa robotnicza. Odpowiedzialność Socialist Equality Party i World Socialist Web Site polega na tym, żeby skonfrontować klasę robotniczą z tą alternatywą tak wyraźnie i precyzyjnie jak tylko potrafimy. Dopóki to robimy, możemy pozostawić klasie robotniczej decyzję, którą alternatywę preferuje.

 

Top

email: wsws@gleichheit.de!



Copyright 1998 - 2013
World Socialist Web Site!